Jesteś tutajSkutki uboczne ustawy o rewitalizacji

Skutki uboczne ustawy o rewitalizacji


Filip Sokołowski, Urbanistyka.Info / UrbanConsulting

 
żródło: http://www.portal.legnica.eu/
 
Miniony rok można spokojnie nazwać rokiem troski o polską przestrzeń. Wyszły dwa nowe leki na jej bolączki: jeden to ustawa krajobrazowa, a drugi to ustawa o rewitalizacji. Krajobrazową zostawię w spokoju, bo najprawdopodobniej z racji tego, że weszła w życie jako pierwsza, jest dziś tematem topowym wszelkich konferencji. Skupię się na tej drugiej, a to z racji skutków, które mogą być dla wielu bardziej odczuwalne niż te powodowane „krajobrazówką”. Procedowanie jej trwało tak szybko, że wejście ustawy w życie dla wielu było sporym zaskoczeniem. I nie mówcie mi, że nie! Z założenia działanie też ma mieć błyskawiczne, bo ustawodawca nie przewidział żadnych przepisów przejściowych. Ponoć to celowe, ale czy przemyślane? Wątpię.
 
Ci wszyscy zaskoczeni, do których też się zaliczałem, pośpiesznie zaczęli szukać informacji. Od początku dominowało przekonanie, że to ustawa dobra i potrzebna. Ma się ponoć przyczynić do poprawy życia około 2,4 mln ludzi zamieszkujących zdegradowane społecznie i infrastrukturalnie obszary. Dzięki niej samorządy zyskają kompleksowe narzędzia do odnowy tych obszarów i wyprowadzą je ze stanu kryzysowego. Słowem samo dobro! Ja jednak pozwolę sobie spojrzeć na tę niewątpliwie potrzebną ustawę z innej strony i wyjątkowo nie skupię się na jej zaletach, a na sposobie jej wprowadzenia i konsekwencjach z tym związanych.
 
Ustawodawca przyzwyczaił nas do zmian ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Nikogo już chyba nie dziwi ich częstotliwość. Tym razem mamy jednak do czynienia z pewnym novum, o którym już wcześniej wspomniałem. Jest nim brak przepisów przejściowych, co oznacza, że dotyczy ona nie tylko nowych procedur planistycznych, ale także tych, które są w trakcie, a co gorsza również tych co są na tak zwanej końcówce. Ja okazałem się być tym wybrańcem, który miał wątpliwą przyjemność uchwalania planu 19 listopada, a więc dzień po wejściu w życie omawianych przepisów. Mało tego, plan dotyczył konkretnej inwestycji, a inwestor miał równie konkretny i bardzo napięty harmonogram. Miał niestety też widmo odmowy przyznania dalszego finansowania jeśli nie zamkniemy planu na czas. W wielkim skrócie, 4 lata pracy nad rozwojem inwestycji, 2,5 roku pracy nad miejscowym planem (bardzo skomplikowana środowiskowo procedura) miały  realną szansę trafić do kosza. Wszystko dlatego, że ustawodawca nie przewidział przepisów przejściowych. Jeśli jesteś urbanistą i project managerem w jednym, to w takiej sytuacji nie możesz stanąć z boku i powiedzieć „Andrzej nie wiem jak to się stało.. naprawdę nie wiem!”.
 
Teraz może trochę konkretów. Art. 41 Ustawy z dnia 9 października 2015r o rewitalizacji (Dz. U. z 2015r., poz. 1777) wprowadził szereg zmian do ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Jedna z kluczowych zmian dotyczyła zakresu uzasadnienia do projektu planu miejscowego. Zgodnie z tą zmianą, od 18 listopada 2015r. we wspomnianym uzasadnieniu należy przedstawić zgodność z wynikami analizy zmian w zagospodarowaniu przestrzennym gminy wraz z podaniem numeru uchwały w sprawie aktualności studium i planów miejscowych. Taka analiza, zgodnie z przepisami prawa, powinna być wykonywana raz w trakcie trwania kadencji. Pytanie co wówczas, kiedy gmina takowej analizy nie posiada? Wpisywać w uzasadnieniu, że jej nie ma, a może wstrzymać prace nad planem i zabrać się za analizę. Razem z wyłonieniem wykonawcy, pracami projektowymi, opinią gminnej komisji i uchwałą rady zajmie to przy dobrych wiatrach jakieś 2-3 miesiące. Jak masz czas to nie powinieneś mieć dylematów.. gorzej jak go nie masz. Pod koniec listopada trudno było znaleźć jednoznaczną odpowiedź, ale nie brakowało takich, które wyraźnie wskazywały, że trzeba cofnąć procedurę aż do uzgodnień. Zdania były podzielone nawet wśród pracowników urzędów wojewódzkich. Większość opowiadała się jednak za stanowiskiem, że bez wspomnianego uzasadnienia lepiej nie pokazywać się w nadzorze.
 
Z pomocą przyszło Ministerstwo Rozwoju, dla którego to wszystko okazało się banalnie proste. Na oficjalnej stronie Ministerstwa pojawiło się zestawienie najczęściej zadawanych pytań i odpowiedzi dotyczących ustawy rewitalizacyjnej. Trudno nie odnieść wrażenia, że prezentowane tam stanowisko niewiele ma wspólnego z praktyczną stroną problemu, szczególnie w zakresie zmian w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Oczywiście Ministerstwo potwierdza, że brak przepisów przejściowych jest zasadne i że wszystkie przepisy należy stosować niezależnie od stopnia zaawansowania prac nad planami czy studiami. Ministerstwo dodaje przy tym, że dobre studium to takie, które zostało sporządzone z uwzględnieniem analiz, bilansów itd. Jeśli tak się nie stało, to oznacza, że dokument był wadliwy i tak musiałby zostać zmieniony. Zresztą, jak ktoś rzetelnie i zgodnie ze sztuką wykonuje projekty to ich dostosowanie do obowiązujących przepisów nie powinno nastręczać trudności, bo przepisy, które zostały teraz wprowadzone to w sumie zawsze obowiązywały tylko nikt ich wcześniej nie zapisał. Chciałbym widzieć minę tych co to czytali, a ich projekty są na etapie uchwalania.
 
Niemniej błyskotliwa wypowiedź dotyczy konieczności stosowania uzasadnienia do projektów uchwał. Ministerstwo wskazuje, że zgodnie z Rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów z dnia 20 czerwca 2002r. w sprawie „Zasad techniki prawodawczej” każdy projekt miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego powinien zawierać uzasadnienie. Trudno się z tym nie zgodzić, choć muszę się przyznać, że ja uzasadnienie stosowałem dopiero do uchwały uchwalającej i nikt mi nigdy za to głowy nie urwał. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że znam wielu takich co robili podobnie. Jakim cudem my wszyscy uchroniliśmy się przed nadzorem skoro to zawsze było takie oczywiste? I w tym przypadku Ministerstwo wskazuje, że ten kto robił zgodnie ze sztuką, to teraz nie powinien mieć większych problemów z dostosowaniem się do obowiązujących przepisów, a ten kto tego nie robił, to niech się teraz nie dziwi. Problem w tym, że wcześniej uzasadnienie można było robić wedle uznania, a dzisiaj są już na to przepisy i szczególnie jeden przyprawia wielu o zawrót głowy. Chodzi mianowicie o konieczność wykazania zgodności projektu planu z analizami i uchwałami, o których pisałem wcześniej. Dla Ministerstwa ponownie to nie jest żadna trudność, ponieważ przecież gminy były i są zobligowane prawem do wykonywania takich analiz oraz podejmowania stosownych uchwał. Niestety nikt tego nigdy i nigdzie nie wymagał i prawda jest taka, że mało która gmina taką uchwałę o aktualności studium i planów miejscowych posiada. Taka rzeczywistość... i co zrobisz, jak nic nie zrobisz?
 
I co teraz? Trzeba cofnąć procedury? Trzeba na gwałt robić analizy i podejmować uchwały o aktualności studium i planów miejscowych? Orzecznictwa nie ma, urzędy wojewódzkie zgodne nie są, a plany i studia procedować trzeba. Biorąc pod uwagę informację zawarte na stronie Ministerstwa Rozwoju to chyba nikogo nie będą obchodziły te „problemiki” o jakich ja tu piszę. Liczy się idea i to, że ustawa jest dobra, a zarazem przydatna! Można podjąć ryzyko i procedować plany, a z uzasadnieniami czekać, aż gminy wykonają analizy i podejmą stosowne uchwały. Tylko co wówczas kiedy za kilka miesięcy ukaże się orzeczenie, które będzie podzielało zdanie Ministerstwa Rozwoju i każe cofnąć się do opiniowania i uzgodnień? Czy ktoś ma wątpliwości jak postąpią wówczas urzędy wojewódzkie? Nie szkoda czasu na podejmowanie takiego ryzyka?
 
Co to wszystko oznacza? Oznacza to sytuację nie do pozazdroszczenia dla wielu gmin, urbanistów, inwestorów, ale także przeciętnego mieszańca, który czeka z budową domu na uchwalenie planu. Mnie po wielkich bojach udało się zakończyć procedurę miejscowego planu na czas. Ale jest wielu urbanistów, którzy kończyli studia uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego, a ustawodawca zobligował ich do wykonania bilansów terenu, które to po pierwsze wymuszają cofnięcie się do etapu projektowania, a po drugie mogą wywrócić dotychczasowe ustalenia do góry nogami ograniczając tereny przeznaczone pod zabudowę mieszkaniową. To z kolei może mieć wpływ na pojawienie się spraw odszkodowawczych skierowanych przeciwko gminom. Czy gminy będą chciały strzelać sobie w kolano? Nie sądzę. Jaki to odniesie skutek? Obawiam się, że zgoła odmienny od tego, którego oczekiwał ustawodawca. Tylko kto poniesie odpowiedzialność za stracony czas, za rezygnację z inwestycji lub przestoje w ich realizacji, za niewypłacone na czas wynagrodzenia. Kto sfinansuje dodatkową pracę urbanistów?... Gmina? A co kiedy nie będzie miała na to pieniędzy?
 
 

  

Your rating: None Average: 3.5 (20 votes)


Nawigacja

Aktywni użytkownicy

Aktualnie jest 0 użytkowników i 36 gości online