Jesteś tutaj„I niczego nie będzie…” - Sejm uchwalił ustawę o inwestycjach dotyczących elektrowni wiatrowych.

„I niczego nie będzie…” - Sejm uchwalił ustawę o inwestycjach dotyczących elektrowni wiatrowych.


Filip Sokołowski, UrbanConsulting / Urbanistyka.Info

Blisko 2 miesiące temu, w artykule „Ustawa odległościowa uderzy we właścicieli gruntów” pisałem , że wprowadzenie ustawy ograniczy prawo do gospodarowania nieruchomościami znajdującymi się w odległości bliższej niż 2km od każdej istniejącej elektrowni wiatrowej i to niezależnie od zapisów obowiązujących planów zagospodarowania przestrzennego. Nie trudno było wówczas odnieść wrażenie, że ustawodawca nie przewidział skutków ubocznych walki z wiatrakami. Pod chwytliwym hasłem ochrony zdrowia i życia ludzi stworzony został poselski projekt ustawy, która wymierzona była nie tylko w biznes wiatrakowy, ale w równym stopniu we właścicieli gruntów, którym odbierała prawo do zabudowy własnych nieruchomości. Coraz większe kontrowersje wokół projektu ustawy sprawiły, że pojawiła się kuriozalna poprawka, dotycząca możliwości lokalizacji zabudowy mieszkaniowej w odległości bliższej niż ta, która wcześniej została uznana przez to samo ugrupowanie polityczne za minimalną odległość gwarantującą ochronę przed negatywnymi skutkami działania elektrowni wiatrowych. Projekt zawierający tę poprawkę został wczoraj uchwalony przez sejm. Zgodnie z jego zapisami elektrowni wiatrowych nie będzie można lokalizować w odległości mniejszej niż 10-krotność wysokości tych elektrowni względem budynków mieszkalnych. Za to przy lokalizacji budynków mieszkalnych względem wiatraków ta odległość nie będzie obowiązywała. O co więc tak naprawdę chodzi w tej ustawie? Czy jeśli ktoś świadomie buduje się blisko istniejącej elektrowni wiatrowej to oddziaływanie tej elektrowni jest mniejsze? Wówczas ta ustawowa 10-krotność nie jest potrzebna? A może wcale nie chodzi o zdrowie ludzi, skoro dla lokalizacji zabudowy względem wiatraków ustawodawca nie przewidział nawet minimalnej, bezpiecznej odległości? A może dla lokalizacji nowych budynków mieszkalnych względem elektrowni wiatrowych dotychczasowe przepisy o ochronie akustycznej są wystarczające? Czyżby troska o zdrowie obywateli przegrała z obawa przed lawiną pozwów ze strony tych, którym się najpierw zagwarantowało prawo do zabudowy w planach miejscowych, a teraz te prawo się odbiera?
 
Jest jednak jedno ale… domy będzie można budować bliżej niż ta 10-krotna wysokość elektrowni wiatrowych, ale pod warunkiem, że zezwalają na to plany miejscowe. Problem w tym, że plany miejscowe uchwalane na potrzeby lokalizacji farm wiatrowych, od roku 2010, musiały uwzględniać, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, tzw. strefy ochronne związane z ograniczeniami w zabudowie oraz w zagospodarowaniu i użytkowaniu terenu. Te strefy podlegają każdorazowej weryfikacji Regionalnej Dyrekcją Ochrony Środowiska i Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego. W praktyce wokół każdej elektrowni musi być wyznaczony obszar, który ze względu na oddziaływanie akustyczne wyłączany jest spod zabudowy budynkami przeznaczonymi na stały pobyt ludzi. Wielkość tej strefy zależna jest od parametrów turbin i ich ilości na danym obszarze, ale można przyjąć, że dla jednej turbiny ta strefa zajmuje powierzchnię od 60 nawet do ponad 100ha. Tak więc przy projekcie obejmującym 10 turbin wiatrowych wspomniana strefa może zajmować powierzchnię nawet ponad 1000ha, a istnieją przecież gminy, w których planowano dużo większą ilość elektrowni wiatrowych. Co to oznacza w kontekście uchwalonej wczoraj ustawy?
 
Plany miejscowe, które dopuszczają lokalizację elektrowni wiatrowych w odległości bliższej niż 10-krotna ich wysokość nie będą mogły być skonsumowane, ponieważ inwestor nie będzie w stanie otrzymać pozwolenia na budowę. Jednak strefy z zakazem zabudowy budynkami przeznaczonymi na stały pobyt ludzi będą obowiązywały do momentu zmiany tych planów. Takich planów nie jest mało. Wbrew opiniom przeciwników energetyki wiatrowej, duże inwestycje wiatrowe w Polsce powstawały głównie w oparciu o plany miejscowe. Co w tej sytuacji jest istotne, były to zazwyczaj plany wielkopowierzchniowe, pokrywające niejednokrotnie znaczną część obszaru gminy. Duży zakres opracowania wiązał się również z dużymi kosztami ich realizacji – przy powierzchni ok. 2000ha dla tego typu inwestycji jest to kwota dochodząca do 90 – 120 tyś zł. Nie wspominając o całkowitych kosztach przygotowania inwestycji wiatrowych do etapu realizacji planów miejscowych. Co nam dzisiaj po tym pozostanie? Wielkie połacie gruntu z zakazem budowy domów mieszkalnych, wyznaczone wokół niedokończonych inwestycji. Co trzeba będzie zrobić, by móc na nich budować? Trzeba będzie wydać kolejne pieniądze na zmianę tych planów, ale też zmianę studium, bo obowiązek wyznaczenia wspomnianych stref dotyczył również tego dokumentu. Skąd gminy mają brać na ten cel pieniądze? Ustawa antywiatrakowa pozbawia je dochodów, które były szansą, a niejednokrotnie nawet zbawieniem dla ich budżetów. Osobom, których nieruchomości objęte są strefami ograniczonego użytkowania od wirtualnych projektów pozostanie złożenie wniosku o zmianę obowiązujących dokumentów planistycznych i cierpliwe czekanie na ich pozytywne rozpatrzenie. W niektórych gminach, przy uszczuplonych budżetach, może to trwać latami.
 
Niedokończone inwestycje, zmarnowane pieniądze, likwidacja wielu miejsc pracy, odebranie wielu gminom szans na uzdrowienie sytuacji finansowej, zakaz zabudowy dla olbrzymiej ilości nieruchomości… bilans ustawy antywiatrakowej jest imponujący. Jak to mawiał klasyk… „i niczego nie będzie”. 
Your rating: None Average: 2.8 (8 votes)
Łukasz Grzesiak's picture

Genialne i trafne spostrzeżenia Filipie. W zasadzie nie ma nic do dodania.