W związku z propozycjami Ministerstwa Sprawiedliwości dotyczącymi deregulacji kolejnych grup zawodowych, przedstawionymi w projekcie ustawy o ułatwieniu dostępu do wykonywania zawodów finansowych, budowlanych i transportowych, warto przytoczyć kilka argumentów i zadać kilka pytań, które niewątpliwie po lekturze owego projektu się pojawiają. Jak należy rozumieć, przede wszystkim nadrzędnym celem dla ustawodawcy ma być ułatwienie ścieżki zawodowej dla różnych grup zawodowych oraz niwelacja efektów kryzysu ekonomicznego na rynku pracy. Oczywiście patrząc na ilość tzw. „zamkniętych zawodów” w Polsce, czasami kompletnie z absurdalnymi progami „wejścia”, faktycznie można mieć zastrzeżenia co do przeregulowania gospodarki. Problem, jak zawsze, tkwi jednak w szczegółach – „we wrzucaniu wszystkich zawodów do jednego worka”. Skupmy się więc konkretnie na urbanistach.
No cóż, oto kilka nieprawdziwych tez przyświecających ustawodawcy:
Po pierwsze – głównym rynkiem (podażą opracowań planistycznych) dla urbanistów są samorządy szczebla lokalnego, rzadziej regionalnego, tj. odpowiednio ok. 2500 gmin i 16 województw, w przeciwieństwie do choćby architektów czy inżynierów, gdzie dominują klienci prywatni. Oznacza to, że deregulacja strony popytowej (urbanistów) na rynku nic nie da, ponieważ dalej REGULOWANY będzie rynek podaży, o czym rząd już nie wspomina ku uciesze wszystkich niezorientowanych, a więc pracy i tak nie więcej będzie. Więc o czym mówimy?!
Skutki: ponieważ (niestety) jesteśmy krajem o niskiej kulturze stosowania i używania prawa, to oczywiście jedynym kryterium zamówień publicznych będzie cena, stąd też rzetelność, certyfikaty albo rekomendacje tak ważne w innych krajach Europy, nie będę miały tu żadnego znaczenia.
Po drugie – właśnie zamówienia publiczne. Oczywiście sytuacja, w której każdy będzie mógł projektować przestrzeń, spowoduje sytuację odwrotną do zamierzonej pod względem zatrudnienia. Nikt przy niskich zleceniach za wykonywane usługi, nikogo nie zatrudni, a dużo firm upadnie.
Po trzecie – brak naturalnych progów na rynku edukacyjnym, które występują w krajach chociażby Europy Zachodniej. Dotyczy to głównie braku odpłatności za studia, deprecjacji dyplomów zawodowych, zbyt łatwego dostępu do edukacji wyższej i w konsekwencji – prawdziwych dramatów na rynku pracy dla wielu młodych ludzi, którym wmówiono, że „praca po studiach musi być”. Otóż niestety nie musi – nie dla dziesiątek tysięcy kończących najbardziej oblegane dziś kierunki studiów bez przemyślenia własnej przyszłości. No cóż można odnieść wrażenie, że ciągle pod każdym względem tak edukacyjnym jak i zawodowym równamy w dół, „aby wszyscy mieli biednie ale po równo” (patrz pkt 1 i 2).
Po czwarte – już samo uzasadnienie dotyczące de facto likwidacji zawodu urbanisty jest ciekawe. Przede wszystkim od razu można wyczuć „prawniczy manieryzm”, tj. kompletny brak zrozumienia dla racjonalnego zagospodarowania przestrzeni (tu można tylko zapytać: jak ma się to do spełnienia szczytnych postulatów odnośnie ładu przestrzennego zapisanych w KPZK 2030, którą ten sam rząd wcześniej przyjął?). Ponadto uzasadnienie wskazujące na fakt, że urbanista nie może być zawodem zaufania publicznego, ponieważ to wójt/burmistrz czy prezydent miasta opracowuje plan miejscowy i/lub studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy jest totalnie pozbawione sensu, ponieważ wszyscy wiemy, że profesjonalne wykonywanie dokumentów planistycznych wymaga wiedzy fachowej i eksperckich zespołów interdyscyplinarnych. No cóż, teraz po prostu faktycznie będzie można zaoszczędzić. Ot, pracownikowi urzędu, merytorycznie odpowiedzialnemu za planowanie przestrzenne, wpisze się do zakresu obowiązków opracowanie projektu planu i już. Ot takie projektowanie urbanistyczne i ruralistyczne po polsku i tylko po polsku. A w tym wszystkim najbardziej smutny jest fakt, iż uzasadnienie przedstawione do ustawy daje wprost do zrozumienia, że w Polsce wśród decydentów nie ma żadnego zrozumienia dla problemów przestrzeni czy racjonalnego zagospodarowania. Fakt, nie było go już od fatalnego w skutkach obalenia jednym ruchem ustawowym planów ogólnych regulujących zbiorczo uwarunkowania rozwoju całych obszarów albo podobnie jak w przypadku niemożliwości doczekania się na ustawowe uregulowania prawne w zakresie rewitalizacji albo polityki miejskiej. Ale w sumie – kogo to obchodzi?… elektorat i tak nie ma większej świadomości, więc wymagać raczej nie będzie. Wiadomo, nie ma presji, nie ma problemu.
Po piąte – osobnego potraktowania wymaga część uzasadnienia do prezentowanej „ustawy deregulacyjnej”, dotycząca konieczności podwójnej przynależności do dwóch izb, Architektów, jakoby szczególnie uprzywilejowanych do bycia urbanistą. To znamienne, że mimo, iż upłynęło już trochę czasu od rozdzielenia tych dwóch kompletnie odmiennych profesji i w dobie trendów ogólnoświatowych w tej mierze, ciągle w Polsce dominuje przeświadczenie, że bycie architektem musi być równoznacznie z byciem urbanistą. W sumie, to trudno nawet wytłumaczyć. Nikt oczywiście nie zaprzeczy, że pewnym elementem kompozycji urbanistycznej zawsze była, jest i będzie architektura danego miejsca i jego swoiste „genius loci”, ale dziś to tylko jedna z wielu „cegiełek” całości kompozycji przestrzeni, szczególnie w kontekście tak szeroko dyskutowanej obecnie w Polsce nowej koncepcji rozwoju regionalnego. Innymi słowy – urbanista powinien posiadać znacznie szerszą wiedzę ekonomiczną, społeczną czy geograficzną niż architekt, o czym zresztą świadczą coraz szerzej wprowadzane i wykorzystywane w planowaniu przestrzennym wszelkie systemy przestrzennej informacji geograficznej.
Po szóste – modyfikacja zapisów ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, z których likwidacja art. 5 jest chyba najbardziej wymowna. Otóż, jednym, pięknym pociągnięciem pozbędziemy się projektowania w skali regionalnej i lokalnej, po prostu przestanie ono istnieć w świadomości prawnej. No to powiedzmy wprost, że o to chodziło od samego początku – o likwidację problemu „tych wrednych urbanistów i ich ciągłych narzekań”. To smutne, ale ten artykuł pokazuje NAJDOBITNIEJ dokąd w tym kraju zmierzamy i jest to w sumie skandal. Bowiem żadnego szanującego się kraju, o rozwiniętej gospodarce i chcącego należeć „do tzw. krajów cywilizowanych” po prostu nie stać na całkowite pozbawienie się programowania swojego rozwoju, w tym przypadku przestrzennego. Można tu zadać pytanie: to po co w takim razie ten sam rząd przyjmuje programy i strategie rozwoju, skoro jednocześnie deprecjonuje poszczególne środowiska zawodowe w ich realizacji? No niestety odpowiedź jest prosta: jest to brak wiedzy, potrzeba uznaniowości, połączona z taką polską typową „bylejakością”. Znowu!.
Po siódme – oczywistą konsekwencją wykreślenia w/w art. 5 jest wykreślenie pozostałych artykułów i ich ustępów z tejże ustawy, np. w zakresie wydawania decyzji o warunków zabudowy i zagospodarowania terenu. W zasadzie to jeszcze niedawno, byłe Ministerstwo Infrastruktury snuło projekty zmian w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Dziś już wiemy na czym owe zmiany się skupią i co będzie ich konsekwencją – po prostu decyzję administracyjną wyda urzędnik na polecenie wójta/burmistrza czy prezydenta miasta. Jakie to proste, prawda?
Reasumując proponowane zmiany, trzeba postawić następujące pytania:
  • powyższe zmiany nie tyle dokonują rewolucji w zakresie samych urbanistów co w gruncie rzeczy urbanistyki, a w związku z tym: czy po zmianach ustawowych w ogóle możemy jeszcze w Polsce mówić o planowaniu przestrzennym?
  • dlaczego reforma nie wprowadza jednocześnie gruntownej zmiany systemu planowania przestrzennego, deprecjonując jedynie rolę urbanisty?
  • kim w takim razie w nowym porządku ustawowym ma być osoba zajmująca się projektowaniem przestrzeni (o ile w ogóle dostrzega się konieczność istnienia takiego zawodu, właściwego dla krajów wysoko rozwiniętych)?
  • czy ktoś zastanowił się nad długoterminowymi konsekwencjami utraty całkowitej kontroli nad takimi zagadnieniami jak metropolizacja, suburbanizacja, obszary funkcjonalne etc.?
  • dlaczego ustawodawca nie proponuje rozwiązań alternatywnych dla obecnego systemu, np. egzaminów państwowych po określonych kierunkach studiów?
  •  dlaczego ustawodawca nie określa kierunków wykształcenia predysponowanych dla bycia urbanistą?
  • jak ustawodawca wyobraża sobie możliwość merytorycznego projektowania przez ludzi albo nie powiązanych z zagadnieniami urbanistyki (ruralistyki) albo też nie mającymi doświadczenia zawodowego? kto odpowie za ich błędy?
  • co oznaczają w kontekście powyższego: sformułowania typu „wiedza fachowa” w ustawie o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, po wykreśleniu zapisów dotyczących programowania rozwoju na szczeblu regionalnym i lokalnym? kto konkretnie ma realizować ten rozwój?
  • jakie kryteria formalne i merytoryczne muszą spełniać osoby mające dbać o ład przestrzenny i jakość polskiej przestrzeni?
  • a co z edukacją na studiach, która pozostawia wiele do życzenia i praktycznie nie tworzy żadnych wymogów wobec znakomitej większości studentów deprecjonując rolę dyplomów zawodowych? czy ktoś pomyślał, gdzie ci studenci mają później znaleźć pracę? i jak mają po studiach konkurować z osobami nieprzygotowanymi do realizacji zadań planistycznych?
  • co z niską kulturą stosowania prawa zamówień publicznych (cena jako jedyne kryterium)?
  • i w końcu: czy ktoś bierze pod uwagę, że wprowadzenie powyższych zmian to praktyczny koniec jakiegokolwiek już systemu planowania przestrzennego w tym kraju, który teraz będzie podlegał tylko i wyłącznie dobrej woli włodarzy gmin? czy nie o to czasem chodzi?
Trudno zrozumieć, dlaczego z taką determinacją dąży się w Polsce do całkowitej likwidacji jednego z ciekawszych ale i wymagających, zawodów dotyczących rozwoju oraz kształtowania miast i osiedli wiejskich.
Redakcja
Urbanistyka.info

Podziel się!